Tsam, w dolinie rzeki Kali Gandaki
DEMONY POD PRZEŁĘCZĄ FRANCUZÓW
W strugach deszczu dotarliśmy do Marfy. To jedna z ładniejszych wiosek w dolinie Kali Gandaki u podnóża Dhaulagiri. Teraz nie było tego widać. Niebo było zachmurzone. My mokrzy, głodni i zmarznięci. Bez trudu znaleźliśmy schronienie w jednym z licznych hotelików.
-Na dwie noce? - spytał właściciel, uśmiechnięty Nepalczyk z plemienia Thakali.
-Na jedną. Jutro dalej. W stronę Przełęczy Francuzów.
Mieliśmy ambitne plany trekkingowe, których nic nie mogło zmienić. Tak nam się przynajmniej wydawało.
- Jutro w gompie (to tybetańska nazwa klasztoru buddyjskiego) jest Tsam -
Nepalczyk uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Na dwie - zdecydowaliśmy bez wahania.
W drewnianej jadalni siedziało kilkunastu turystów z różnych stron świata. Chwilę później dołączyliśmy do nich. Rozgrzewaliśmy się gorącą herbatą, wzmocnioną morelowym brandy, wypytując gospodarza o szczegóły jutrzejszego dnia.
Tsam to religijne święto obchodzone w klasztorach buddyjskich raz do roku. Najważniejszą jego częścią jest udramatyzowany taniec. Mnisi, występujący w barwnych strojach i pełnych ekspresji maskach, przygotowują sie do niego przez wiele miesięcy. Przedstawiają ważne wydarzenia z historii buddyzmu, często zwycięstwo buddyzmu lamajskiego nad starą religią Bön. Datę ustala się według kalendarza tybetańskiego.
-Żeby tylko była ładna pogoda - wzdychała Christina, teatrolog z Niemiec. Przyleciała do Nepalu na kilka dni, aby obejrzeć jutrzejsze święto.
Rano udaliśmy się do klasztoru wznoszącego się nad wioską. Wspaniale widać było stamtąd płaskie dachy z łopoczącymi flagami modlitewnymi. Na dachach suszyły się zapasy drewna na zimę i żółte ziarna kukurydzy. Daleko w dole, za jabłkowymi sadami, widać było wczorajsze chmury. Nareszcie słońce...
Zachwycaliśmy się krótko. Trzeba było zająć miejsce. Na klasztornym dziedzińcu robiło się tłoczno. Z Marfy jak i z okolicznych wiosek ciągnęły grupy radosnych, odświętnie ubranych Nepalczyków.
Bardzo szybko zapełniły się nie tylko galerie wokół dziedzińca, ale i dach klasztoru.
Było wesoło i gwarno. Pośrodku dziedzińca spod wielkiego masztu z flagą modlitewną unosiły się kłęby wonnego dymu. Jałowcowy dym sączący się z mosiężnego naczynia miał odstraszyć złe duchy. Śmiechy i rozmowy publiczności ucichły, gdy z wnętrza świątyni rozległy się dźwięki trąb i bębnów. Pojawili się mnisi grający na długich, miedzianych trąbach, muszlach oprawionych w srebro, bębnach i talerzach. Trzy ogolone na zero mniszki niosły barwne, jedwabne sztandary symbolizujące zwycięstwo buddyzmu. Za nimi wyszedł opat klasztoru i inni wysoko postawieni lamowie z rytualnymi dzwonkami ghanta i wadżrą w rękach. Obeszli dziedziniec zgodnie z ruchem wskazówek zegara, rozrzucając ziarna prosa i tsampę (gruboziarnistą mąkę z prażonego jęczmienia, która jest głównym pożywieniem mieszkańców Himalajów) we wszystkich kierunkach świata, co symbolizowało oczyszczenie Ziemi. Zasiedli na honorowym miejscu, naprzeciwko wejścia do świątyni.
Stamtąd budząc śmiech publiczności wyszedł pierwszy tancerz w masce przedstawiający sadhu - hinduistycznego ascetę. Śmiesznie podskakiwał, podbiegał do publiczności wyciągając prosząco rękę. Ośmieszał hinduizm, jedną z pokonanych religii.
Śmiechy umilkły, gdy wyszło trzynastu niezamaskowanych tancerzy w strojnych jedwabnych szatach i czarnych kapeluszach zwieńczonych trupią czaszką. Trzymali w rękach dzwonki ghanta - znak żeńskiej energi i wadżrę - symbol energii męskiej. Kroki i gesty były doskonale skoordynowane z uderzeniami bębnów. Ich szaty wirowały w powolnym, dostojnym tańcu. Publiczność przypatrywała się temu w napięciu.
Kolejnej grupie tancerzy przewodziła postać samego guru Padmasambhavy - jogina, który w VIII w. wprowadził buddyzm do Tybetu. Ubrany w powłóczyste szaty i pełną dobrodusznego uśmiechu maskę, trzymał w ręku trójząb - symbol zwycięstwa buddyzmu nad złem. Towarzyszyły mu kolorowe boginie o pełnych elegancji ruchach. Były to Zielona, Biała, Czerwona i Żółta Tara należące do napotężniejszych i najbardziej ulubionych bóstw w lamajskim panteonie.
Ich uśmiechnięte miłe buzie kontrastowały ze straszliwymi maskami demonicznych bóstw opiekuńczych. Gdy na dziedziniec wkroczyły demony, dzieci na wszelki wypadek schowały się za swoje mamy. Granatowe i czerwone maski z wybałuszonymi ślepiami, straszliwymi kłami, zwieńczone koroną z trupich czaszek lub grzywą z sierści jaka wzbudzały respekt nawet w dorosłych. Wszyscy na wszelki wypadek schowali się dyskretnie w klasztornych krużgankach. Na środku dziedzińca położono niewielką figurkę z ciasta o ludzkich kształtach. Wtedy do groźnych bóstw opiekuńczych dołączyli czterej tancerze w maskach i strojach szkieletów.
Stroje te symbolizowały nietrwałość i przemijalność wszystkiego co ziemskie.
Kościotrupy obtańcowały figurkę zaklinając w niej zło całego świata. Tak zakończyła się główna część święta. Rozległy się piski dziewcząt z górnej galerii, do których po drewnianych filarach wspinali się ci ostatni tancerze.
W trakcie obrzędów częstowano wszystkich pysznymi plackami i warzywami w sosie przygotowanymi w klasztornej kuchni. Do picia serwowano tybetańską herbatę (czyli wywar z ziół z dodatkiem soli i tłuszczu) oraz cziang (piwo z prosa), który lał się strumieniami wzmacniając emocje u widzów.
Cała ceremonia zakończyła się po zapadnięciu zmroku. W uroczystej procesji wyniesiono napełnioną złem figurkę za bramę wioski. Mnisi w demonicznych maskach rozsiekali ją mieczami na kawałki i zakopali w ziemi.
Wieczorem z wypiekami na twarzy rozprawialiśmy o naszych dzisiejszych przeżyciach podczas święta. Christina wciąż jeszcze była jak w transie. Dopiero kolejna i jeszcze kolejna butelka wina jabłkowego, z którego słynie Marfa, trochę nas odprężyły. Ale i tak w nocy śniły nam się groźne demony wspinające się gdzieś pod przełęczą Francuzów.
Tekst: Katarzyna Mazurkiewicz /dedlajn
Zdjęcia: Andrzej Mazurkiewicz /dedlajn
|